Witamy w nowym świecie.

Większość z nas kwiecień spędziła w stanie osobliwej hibernacji – pracując zdalnie, martwiąc się o bliskich, próbując odnaleźć się w nowej online rzeczywistości. Tak było i w moim przypadku. Dopiero w okolicach majówki otrząsnęłam się i powoli przestawiłam na tryby normalnej pracy – co po kwarantannie wydaje się być miłą odmianą.
Z większą uwagą zaczęłam także brać udział w wydarzeniach online – po ciekawej końcówce holenderskiego Go Short Online, przyszedł czas na Kurzfilmtage Oberhausen. Ten ostatni ma szczególne miejsce w moim sercu – to jeden z pierwszych ważnych festiwali filmowych, który odwiedziłam w 2016. Cieszy mnie, że po czterech latach mój odbiór tego festiwalu jest zdecydowanie bardziej pogłębiony, mimo, że filmy oglądałam w domu na projektorze, a nie w sali kinowej. Jeden z najstarszych festiwali filmowych w Europie, w dodatku specjalizujący się w kinie eksperymentalnym, przenosi się do internetu?! Początkowo trudno było mi w to uwierzyć.

Powoli przekonuję się jednak, że da się obronić formułę festiwalu w sieci.

Internet pęka w szwach od produkowanych naprędce wydarzeń, to fakt. Uwolnione zostają przeróżne archiwa, artyści chętnie dzielą się efektami swojej pracy z czasów przed wirusem, na bieżąco tworzą też nowe rzeczy, które ochoczo streamują. Fenomenowi nadprodukcji w kulturze poświęcony był niedawno bardzo ciekawy panel zorganizowany przez Warszawę w Budowie, który uświadomił mi, że poczucie nadmiaru może być bardzo subiektywne i zależeć od zawartości bańki mojego feedu, podczas gdy większość tradycyjnej publiczności wydarzeń kulturalnych jest aktualnie w dużym stopniu (lub całkowicie) pozbawiona dostępu do kultury.

Jaka jest w tym wszystkim rola festiwali? Moim zdaniem – przetrwać, odnaleźć na nowo swoją publiczność i uczyć się (najlepiej na błędach) funkcjonować w nowej rzeczywistości.

Po pierwsze – dostosuj się albo zgiń. Niestety, nie ma co obrażać się na rzeczywistość i kurczowo trzymać się wersji, że najważniejsze jest spotkanie, żywy kontakt z publicznością. Musimy działać, żeby się utrzymać, zachować pracę swoich i innych. Owszem, brakuje mi ogromnie pełnych sal kinowych, które stanowią natychmiastową gratyfikację dla każdego animatora/rki kultury, ale spójrzmy prawdzie w oczy – internet otwiera w tym polu nowe możliwości. Musimy nauczyć się działać na nowych zasadach, zmieniać swoje własne, często przestarzałe nawyki.

Moment refleksji nastąpił, gdy brałam udział w kolejnym ciekawym panelu branżowym kolejnego wydarzenia, na które nie miałabym szansy dostać się, bo daleko, drogo, a mój ślad węglowy i tak pozostawia sporo do życzenia. Dlaczego branża filmowa nie wpadła na to wcześniej? Może dlatego, że kochamy latać z festiwalu na festiwal, doszukując się w nonszalanckich podróżach sensu i celu życia? Epidemia ukróciła ten często bezsensowny preceder i miejmy nadzieję, że jej efekty pozostaną w głowach kompulsywnych łowców międzynarodowych wydarzeń (do których, niestety, sama się zaliczam).

Nie przybywam jednak z żadną mindfullnessową diagnozą, że oto świat zwolni tempa i będzie tylko lepiej.

Niestety, wiem, że będzie raczej tylko gorzej i nadciągający kryzys finansowy oznaczać będzie uszczuplenie i tak niewielkich budżetów sektora kultury, co może oznaczać zapaść, jeszcze większą pauperyzację sektora lub zanik wielu inicjatyw. Dlatego moja porada numer dwa to pomyśl o publiczności i spróbuj przygotować dla nich ofertę, która będzie maksymalnie dostępna i atrakcyjna w nowej rzeczywistości. Kopiowanie własnych pomysłów do sieci w formie 1:1 może się nie sprawdzić, bo pewnych wydarzeń po prostu nie da się przenieść do internetu lub byłoby to nieadekwatnie drogie. Oczywiście, optymalne byłoby zrobienie badania publiczności, ale dobrze wiemy, że wszyscy działać musieliśmy szybko i na pogłębione diagnozowanie potrzeb zwyczajnie nie było czasu, bo nasi znudzeni widzowie dochodzili do najstraszniejszych głębin Netflixa oraz pławili się w trzech darmowych miesiącach MUBI. Niestety, głębokie myślenie o publiczności może zaowocować rezygnacją z niektórych planowanych wydarzeń, zmianą ich formuły, czy nawet – zmianą prezentowanych treści. Dlatego kuratorze – odpuść. Nie o ciebie tu chodzi, ale o publiczność. I kiedy opadnie pierwsza fala gorączkowych działań online – spróbuj zbadać publiczność, a nie projektuj czego jej trzeba.

Moja trzecia porada (i ostatnia): testuj ile się da i wyciągaj wnioski. Zanim przygotujesz gigantyczny festiwal online, spróbuj zrobić serię testowych wydarzeń i ewaluuj swoje działanie na bieżąco. Ucz się nowego oprogramowania, sprawdzaj, jak czujesz się w wersji live oraz na co pozwala ci prędkość sieci, do której masz dostęp. Pytaj publiczność o wrażenia – za czym tęsknią, co możesz poprawić. Oczywiście wiąże się to z pewnymi nakładami na początek, ale może uchronić nas przed katastrofą zacinających się streamingów lub absolutnym brakiem zainteresowania publiczności.

To tylko garść refleksji spisana na szybko, bo właściwie każdego dnia sama uczę się nowych rzeczy. Nowym przedsięwzięciem było także postawienie tej strony i pisanie bloga, bo pomysł ten chodził za mną od dawna, ale po ludzku – nigdy nie miałam na to czasu.
O czym planuję pisać? Będę snuła refleksje dotyczące pracy w branży filmowej, polityki kulturalnej, polecała ciekawe zjawiska online i offline, czasem dzieliła się bardziej prywatnymi sprawami. Tylko tyle i aż tyle.

Więc już oficjalnie: dzień dobry w nowym świecie!